Apokaliptyczna wizja świata po wojnie nuklearnej – recenzja filmu „Threads”

Zimna wojna, sytuacja geopolityczna, napięte stosunki na linii Stany Zjednoczone – Związek Radziecki, kryzys kubański a przede wszystkim zrzucenie bomb atomowych w Hiroszimie i Nagasaki w 1945 roku miały bezpośredni wpływ na powstanie wielu filmów, których głównym tematem była wojna nuklearna i jej efekty. Od lat 60 do 80 powstało wiele takich produkcji jak chociażby „Dr. Strangelove” Stanleya Kubricka z 1964 roku, „Gry Wojenne” (1983), „The Day After” (1983), „Fail Safe” (1964), „On The Beach” (1959) czy też „Threads” (1984). Ostatni z wspomnianych tytułów zrobił na mnie największe wrażenie, dlatego też w dzisiejszym wpisie skupie się na filmie „Nici„.

Threads” to brytyjski obraz z 1984 roku w reżyserii Micka Jacksona wyprodukowany przez stacje BBC. Fabuła skupia się na kilku bohaterach, mieszkańcach angielskiego miasta Sheffield. Ich codzienność miesza się z wiadomości na temat nadchodzącego konfliktu zbrojnego pomiędzy Nato a Układem Warszawskim. Gdy nadchodzi to co nieuchronne, jesteśmy świadkami walki o przetrwanie. Jackson w filmie „Threads” obrał formę chłodnego paradokumentu. Momenty fabularyzowane mieszają się z formą dokumentu i komentarzem narratora. Film można podzielić na trzy akty. Pierwszy pokazujący życie na chwilę przed atakiem, drugi to moment wybuchu i jego pierwsze następstwa oraz finałowy ukazujący życie mieszkańców na długo po ataku. Napięcie budowane jest stopniowo poprzez wkradające się życie bohaterów komunikaty prasowe, wiadomości radiowe i telewizyjne. Film dość rzetelnie i surowo ukazuje wszystkie wydarzenia. Bez żadnej oceny, opiniowania oraz zbędnego komentarza. Widoczne na ekranie straszliwe następstwa wojny nuklearnej są już komentarzem same w sobie.

Film nie epatuje przemocą ani zbędnym rozlewem krwi. Jednak jego seans jest wstrząsający i może być dla wielu traumatyczny. Gdyż, to co widzimy na ekranie to rzeczy realne i wydawać by się mogło coraz bardziej prawdopodobne. Zwłaszcza, że w ostatnim czasie nie brakuje konfliktów zbrojnych w różnych częściach naszego globu. Widzimy tutaj moment paniki w chwili ataku, próby ratowania dobytku, szukanie schronienia, wszelakie efekty choroby popromiennej, umieranie z głodu, wyczerpania, wyziębienia (w lipcu była zima) czy też morderstwa pomiędzy ludźmi walczącymi o żywność. Pieniądze straciły ważność, jedynie poprzez pracę można uzyskać do i tak skromnych racji żywnościowych. Do ocalałych domostw są przypisywanie ludzie do zamieszkania, całe grupy ludzi są zamykane w obozach karnych za kradzieże. Okazuje się, że Państwo całkowicie przestaje działać, a przetrwają tylko najsilniejsi.

Podsumowując, „Threads” to obraz na pewno smutny i wstrząsający. Dający jedna do myślenia. Jego dokumentalizowana forma wpływa na odbiór czegoś autentycznego. Nie ma tutaj miejsca na typowo hollywodzkie zabiegi jak nieśmiertelni i ponad naturalnie silni główni bohaterzy, wielkie wybuchy i ucieczki samochodem, wysokobudżetowe efekty specjalne oraz finałowy happy end. Jesteśmy świadkami napiętego oczekiwania na początek wojny, walki o przetrwanie i wieloletnich następstw ataków jądrowych. Pomimo upływu ponad 40 lat od premiery film wciąż przeraża i prowadzi nas do dyskusji, czy do takiego Świata dążymy? Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Gdy człowiek jest większym zagrożeniem od samego ksenomorfa – recenzja książki „Obcy: Zimna Kuźnia”

W ostatnim czasie za sprawą nieodżałowanego wydawnictwa Vesper na polskim rynku pojawiło się sporo książek z serii o Obcym. Recenzowałem już na blogu dwie z nich: „Obcy” Alana Dean Fostera oraz „Obcy: Wyjście z Cienia” Tima Lebbona. Pora na kolejną pozycję z tej serii: „Obcy: Zimna Kuźnia„, które po raz pierwszy pojawiło się w 2018 roku na rynku zachodnim a na polskim dwa lata temu. Autorem tego dzieła jest Alex White, który napisał również „Alien: Into Charybdis„, „Star Trek: Deep Space Nine: Revenant” czy też „Every Mountain Made Low„.

Fabuła książki skupia się na dwójce bohaterów (a raczej anty-bohaterów): audytorze firmy Weyland-Yutani Dorianie Sudlerze oraz badaczce doktor Blue Grace Marsalis. Miejsce akcji to stacja badawcza zwana Zimną Kuźnią, która orbituje wokół gwiazdy Kauffman. Na miejscu odbywają się liczne medyczne eksperymenty, w tym na ksenomorfach, które są tutaj hodowane. Śmiertelnie chora Doktor Marsalis próbuje tutaj stworzyć lekarstwo, które miałoby przynieść korzyść ludzkości jak i jej samej. Bohaterka nie może poruszać się samodzielnie, dlatego używa przenoszenia świadomości do androida – Markusa. Na miejsce przybywa zewnętrzny audytor firmy Weyland-Yutani – Dorian Sudler, którego celem jest sprawdzenie czy wszystko pracuje prawidłowo. Jak to zwykle bywa we wszystkich historiach z serii o Obcym, Ksenomorf nigdy nie jest długo zamknięty. Dlatego i na Zimnej Kuźni przyjdzie ludziom zmierzyć się z tym niezwykle zabójczym gatunkiem. Jednakże czy aby na pewno ksenomorf, będzie tutaj najgorszy?

Powieść Alexa White mocno skupia się na bohaterach ludzkich. W „Zimnej Kuźni” więcej horroru dostarczą nam mieszkańcy Ziemii, a ksenomorfy stanowią tutaj tylko dopełnienie grozy. Ciężko tutaj znaleźć bohatera, z którym czytelnik może się identyfikować. Może poza androidem Markusem. I może samym Obcym? Który zamiast śmiertelnego zagrożenia stanowi tutaj pewnego rodzaju ostrze sprawiedliwości. Napięcie budowane jest stopniowo, by nie mówić ospale. Akcja jest nierówna, sporo tutaj spowolnień. Jednak gdzieś w połowie książki, akcja się rozwija na tyle, że książka niesamowicie pochłania czytelnika. Sporo tutaj nawiązań do filmowej serii, jak i gry „Obcy: Izolacja„. Przykłady? Chociażby żółty chodzący holownik, który pojawił się po raz pierwszy w filmie „Obcy: Decydujące Starcie” oraz pojawienie się firmy Seegson, którą dobrze znamy z gry z 2014 roku. Widać, że Alex White ma odrobione lekcje z lore o Obcym. Co ciekawe autor jest osobą niebinarną, co można także dostrzec w książce. Przykładowo jedna z głównych postaci Blue to kobieta o innej orientacji seksualnej, która wchodzi w męskie ciało androida. Portrety psychologiczne postaci to bodajże najmocniejszy punkt omawianego dzieła. Dlatego też, jeżeli ktoś szuka dużo starć z Obcym jak w filmie: „Aliens” może być nieco rozczarowany. Mi osobiście to nie przeszkadzało i uważam, że ów książka mogłaby mieć ciekawą adaptację filmową, która z pewnością pasowała do kanonu.

Podsumowując, powieść „Obcy: Zimna Kuźnia” to interesująca powieść, która stawia na thriller psychologiczny, gdzie grozę dostarczają ludzkie postacie, które potrafią być większym zagrożeniem aniżeli sam ksenomorf. Dorian Sudler jest być może najbardziej psychopatycznym „złolem”, który pojawił się w całym uniwersum. A złożona postać doktor Blue łączy w sobie zarówno szlachetne cechy jak i te gorsze. Akcja przyśpiesza od około połowy książki i momentami niepotrzebnie zwalnia. Niemniej jest to pozycja wciągająca, która dostarczyła mi wiele frajdy późnymi wieczorami. Zdecydowanie polecam, pozycja nie tylko dla fanów serii.

Does This Go Faster? – Przegląd płyt z pierwszego kwartału roku.

Co tu dużo mówić, sporo się działo na początku roku 2026. Pomijając sporą liczbę koncertów, które zaliczyłem w tą zimę – na rynku wydawniczym pojawiło się kilka ciekawych propozycji, o których wspomnę w tym poście.

Lala Lala – Heaven 2. Pani Lillie Amadea West to moje osobiste odkrycie tego pierwszego kwartału. Pomimo, że wokalistka z Chicago w stanie Illinois ma na koncie już pięć albumów studyjnych, to dopiero „Heaven 2” urzekł mnie na tyle, by wspomnieć o tej artystce na blogu. Od czasu wydania „The Lamb” w 2018 roku wiele się zmieniło w życiu artystki. Przeniosła się do Los Angeles i zmieniła wydawnictwo na legendarne Sub Pop. Przejdźmy jednak do samego albumu „Heaven 2„. Zapewniam Was, że raczej nie usłyszycie w tym roku nic lepszego z pogranicza indie popu, niż właśnie ten kapitalny krążek. Co prawda Pitchfork ocenił go na tylko (albo aż) 7.4/10, ja jednak dostrzegam tu znacznie więcej. Przede wszystkim urzeka mnie melodyjność tego smutnego popu. Single na prawdę tutaj rządzą, gdyż „Even Mountains Erode” czy „Does This Go Faster?” to świetne, wpadające w ucho kawałki. A reszta materiału nie jest typowym zapychaczem, a pełnowartościową muzyką, która dostarcza wielu wrażeń, wystarczy wsłuchać się w urzekający „Scammer„, emocjonujący „Heaven 2” czy też hipnotyczny „Tricks„. Generalnie aż szkoda mi wspominać o tak świetnej płycie w tak krótkiej formie, ale chcę by to wybrzmiało. Ta płyta jest świetna w swojej indie-popowej formule. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Gorillaz – The Mountain. O tym, że Damon Albarn nie może żyć bez tworzenia muzyki dobrze wie, każdy jego fan. Trochę szkoda, że nie nagrywa i nie koncertuje z Blur. Z drugiej strony dobrze, że porzucił inne nudnawe projekty i pozostał przy Gorillaz, które tworzy z Jamie Hewlettem od 1998 roku. „The Mountain” to dziewiąty album w kolekcji popularnych goryli. Od wydania albumu „Humanz” w 2017 roku Albarn z Hewlettem stali się bardziej systematyczni i nie kazali czekać fanom na album dłużej niż trzy lata. A jakie jest „The Mountain”? Z jednej strony chłopaki wciąż obracają się w utartych schematach i bazują na rytmicznych i wpadających w ucho melodiach, stłumionym wokalu Albarna i licznej liczbie występów gościnnych. Z drugiej strony wyczuwam chęć nagrania czegoś wielkiego i przypominającego przewodnik po świecie. Bo w zasadzie jakich języków tutaj nie ma? I jakich egzotycznych klimatów tutaj nie usłyszymy? Otwierający „The Mountain” zabiera nas w rejony Północnej Afryki za sprawą sitary i fletu bansuri. „The Manifesto” to już latynoskie rytmy a pojawiający się później „Damascus” przenosi nas na Bliski Wschód. „The Shadow Light” to kolejna podróż do Azji, tym razem do Indii, gdzie można było usłyszeć zmarłą dzisiaj hinduską wokalistkę Asha Bhosle. Swoją drogą lista gościnnych występów jest imponująca. Przykłady? Idles, Johnny Marr, Mark E. Smith, Omar Souleyman, reżyser Dennis Hopper, Bobby Womack, Tony Allen i wielu innych. Mój ulubiony moment na płycie? Zdecydowanie „The Empty Dream Machine„, gdzie Albarn potrafi jeszcze chwycić za serducho. Doceniam rozmach tej produkcji, jej róznorodność i wysoki poziom. Zdecydowanie najlepsza płyta Gorrillaz od czasu wydania „Plastic Beach” w 2010 roku. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Mitski – Nothing’s About to Happen to Me. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie Mitski to już całkowity gwarant wysokiego poziomu wydawniczego. Pani Mitski Miyawaki do tej pory wydała osiem albumów, i od okolic wydania „Be The Cowboy” nie schodzi poniżej ósemkowego poziomu. Jej płyty wielokrotnie znajdowały się na moich całorocznych zestawieniach w czołówce. I jest to o tyle dziwne, gdyż w zasadzie nie jest to artystka do której często wracam. Przy momencie wydania każdej nowej płyty, wałkuje ją wielokrotnie, zachwycam się, opisuję na blogu, wracam do niej na chwilę pod koniec roku by upewnić się, że dalej mi się podoba, wrzucam ją w swoje TOP minionego roku i czekam na kolejne, nowe wydawnictwo. I ten schemat powtarza się od lat, bo nawet nie kojarzę czy jakikolwiek utwór Mitski znajduje się na mojej playliście na Spotify. Pora chyba to zmienić, a najlepiej za sprawą kapitalnego singla z omawianej płyty „Where’s My Phone?” Poza tym każdy utwór tutaj zasługuje tutaj na wyróżnienie od spokojnego, wręcz walcowego „Dead Women” po grungowe „If I Leave„. Mitski ogólnie ma bardzo dużo łatwości w tworzeniu niebanalnych acz wpadających w ucho kompozycji, co ponownie udowadnia na najnwoszym albumie „Nothing’s About To Happen To Me„. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Lord Jah-Monte Ogbon – As of Now. Pochodzący z Charlotte, w Północnej Karolinie Raper Lord Jah-Monte Ogbon to postać dość tajemnicza. Nie znajdziecie o nim za wiele informacji w sieci. Jest za to sporo o płycie „As of Now„, która zbiera same pozytywne opinie. I nic dziwnego, bo dawno nie słyszałem nic tak dobrego, hiphopowego nagranego w starym stylu przypominającego końcówkę lat 90 i początek lat 00. Jeżeli wkurwia was już ten ohydny discopolowy trend w rapie, i przesyt auto-tune’a to „As of Now” to produkcja skierowana do Was. Gość bez jakiejś przesady nawija o otaczającej go rzeczywistości, a jazzowe beaty przywołują namyśl ostatnie wydawnictwa Freddiego Gibbsa. Jest w tym szczerość, autentyczność i te cechy, którymi mogliby inspirować się młodzi twórcy z gatunku. Cieszy fakt, że na rynku pojawia się coraz więcej tego typu albumów, i jest o nich coraz głośniej. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Ratboys – Singin’ to an Empty Chair. Ciekawe, czy Julii Steiner i reszcie ekipy z Chicago zdarzyło się kiedykolwiek śpiewać do pustych krzeseł? Wydaje mi się, że grupie, która wydała swój szósty długograj i na rynku muzyki niezależnej jest od 2010 roku takie rzeczy nie mogłyby się już przytrafić. Nie mniej najnowszy album taki ma tytuł i stąd te moje wywody na ten temat. Wydaje mi się, że nie miałem okazji wcześniej wspominać na blogu o indie rockowej grupie Ratboys. Robię, to bardziej z kronikarskiego obowiązku aniżeli faktycznego zachwytu nad ów albumem. Nie jest źle, ale to kolejny album, który lawiruje pomiędzy indie rockiem a typowym amerykańskim folkiem. Początek brzmi nawet obiecująco za sprawą takich otworów jak „Know You Then” czy też „Light Night Mountains All That„. Jednak im dłużej słuchałem tego wydawnictwa to wydawało mi się, że już to gdzieś słyszałem. Zespół też bardziej ląduje w niezbyt przeze mnie lubianym klimacie country. Jednym słowem Ratboys prochu nie wymyślili. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.